Marzec 15, 2013
Drukuj

Uniwersytet Szczeciński: KULA u NOGI

Przed dziesięcioma laty Uniwersytet Szczeciński otrzymał w prezencie dworek Bismarcków w Kulicach. Panowało przekonanie, że jest to milionowy zysk.

Kulice 3

Autorka: Gabriele Lesser

Tłumaczenie tekstu z: TAZ.DE / Der Klotz am Bein

KULICE/SZCZECIN taz | Na polskim wybrzeżu pada śnieg, jakby nigdy nie miał zamiaru przestać. Po godzinnej jeździe samochodem ze Szczecina na wschód wyłania się miasto Nowogard, z całkowicie zamarzniętym jeziorem. Od prawie 20 lat znajduje się tutaj Fundacja Europejska Akademia „Kulice – Külz”- miejsce polsko-niemieckich spotkań.

Czterorzędowa aleja potężnych drzew gigantów prowadzi do pokrytego śniegiem dworu: tzw. „pałacyku Bismarcka”, jak mówi większości Polaków. W zimowym krajobrazie zachodniopomorska wieś, pałacyk w stylu klasycystycznym i przestronny park sprawiają wrażenie, jakby czas się zatrzymał.

Lisaweta von Zitzewitz otwiera drzwi dworku: „Witam serdecznie” pozdrawia nas po polsku. Od czasu wyremontowania pałacyku, który w erze komunizmu zamienił się w ruinę, urodzona w Berlinie absolwentka slawistyki mieszka w liczącej 200 mieszkańców wsi Kulice. Gdy Philipp von Bismarck, którego rodzina w 1945 r. musiała uciekać z Pomorza, w 1995 r. w dawnej siedzibie rodziny otworzył Europejską Akademię, zlecił Lisie von Zitzewitz zorganizowanie pierwszych polsko-niemieckich seminariów i spotkań.

„Rektor Uniwersytetu Szczecińskiego wyznaczył nam ostateczny termin”, pani domu przechodzi od razu do rzeczy. „22-go lutego Akademia musi ostatecznie opuścić pałacyk.” Do tego czasu pani von Zitzewitz musi wszystko spakować: całą bibliotekę, garnki, filiżanki i talerze z kuchni, meble z pokojów gościnnych. Kierowniczka Akademii dodaje wojowniczo: „Ale tak szybko się nie poddam.” Wprawdzie wszystkie jej listy i propozycje rozmów z prof. Włodarczykiem, Rektorem Uniwersytetu Szczecińskiego, nic nie przyniosły, ale „być może protesty intelektualistów ze Szczecina przyniosą większy efekt.“

Oddalony o 50 km Szczecin nadal naznaczony jest bliznami wojny. W 1944 roku Royal Air Force bombardowała to wówczas niemieckie miasto i zniszczyła je prawie całkowicie. Pięć lat wcześniej hitlerowcy wywieźli szczecińskich Żydów do zajętej w 1939 r. Polski. Po zakończeniu wojny prawie wszyscy Niemcy zostali zmuszeni do opuszczenia miasta. Tylko kilka budowli, jak np. Zamek Książąt Pomorskich, Wały Chrobrego lub kościół św. Piotra i Pawła wciąż przypominają o niemieckiej przeszłości.

W świadomości Polaków nie odgrywa ona jednak prawie żadnej roli. Również Rektor Uniwersytetu Szczecińskiego, profesor Edward Włodarczyk, specjalista od XIX-wiecznych miast hanzeatyckich, aby dostać się do swojego biura, wchodzi każdego dnia po schodach byłego gimnazjum im. Króla Wilhelma, ale niestety na stronie internetowej Uniwersytetu nie ma ani słowa o historii tego reprezentatywnego barokowego budynku.

Pusta kasa
Od czasu pierwszych krytycznych artykułów w Kurierze Szczecińskim i lokalnym radiu Rektor Edward Włodarczyk nie rozmawia już z dziennikarzami. Rzeczywiście, Senat i Rektor Uniwersytetu Szczecińskiego wraz z zaplanowaniem usunięcia renomowanej Europejskiej Akademii w Kulicach, wywołali skandal. Wielu mieszkańców Szczecina jeszcze dobrze pamięta, że prawie 20 lat temu Niemcy zainwestowali w ruinę około 3, 5 mln marek, a następnie wspaniale odrestaurowany pałacyk podarowali Uniwersytetowi Szczecińskiemu.

Uczelnia oraz Fundacja Europejskiej Akademii w Kulicach miały stworzyć w dworku miejsce polsko-niemieckiego porozumienia. Tak też się stało, także dzięki zaangażowaniu jej kierowniczki Lisawety von Zitzewitz. Ale w czasach pustki w budżecie Rektor i Senat oczekują milionowych zysków ze sprzedaży nieruchomości.

Bogdan Twardochleb, redaktor Kurier Szczecińskiego zajmujący się sprawami kultury, nie chce rozmawiać o Rektorze: „Też byłem kiedyś pracownikiem Uniwersytetu. Obecnie niemalże się tego wstydzę.” Pochyla głowę: „bo jest po prostu tak: Uniwersytet Szczeciński nie stworzył ani Centrum Willy Brandta jak Uniwersytet Wrocławski, ani nie podążał za koncepcją Viadriny, jak Uniwersytet we Frankfurcie nad Odrą, ani też nie stworzył własnej wizji współpracy polsko-niemieckiej.”

Wyszukuje zbiór artykułów opublikowanych do tej pory w Kurierze Szczecińskim na temat planowanej sprzedaży pałacyku Bismarcków. „Teraz Szczecin traci nawet Akademię Kulice/Külz. To wielka strata dla regionu. „Inni zebrani wokoło, kilku szczecińskich dziennikarzy, artystów i historyków, potwierdzają skinieniem głowy. Von Zitzewitz zapraszała do Kulic/Külz ważnych intelektualistów z całej Europy i dawała impulsy do wielu dyskusji.

Uniwersytet Szczeciński nie cieszy się z kolei najlepszą reputacją. Mimo, że z liczbą około 32.000 studentów należy do największych w kraju, zajmuje dopiero 48 miejsce z 88 w dorocznym rankingu uczelni. W związku z tym jest daleko w tyle za czołowymi uniwersytetami w kraju: w Krakowie, Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu.

Twardochleb wskazuje na obszerną wypowiedź Rektora w Kurierze Szczecińskim. Podarowany dworek był bardzo kosztowny dla Uniwersytetu, pisze prof. Włodarczyk. W ciągu ostatnich dziesięciu lat Uniwersytet Szczeciński wydał w przeliczeniu 750.000 euro funduszy publicznych, chociażby tylko ze względu na konieczność zatrudnienia administratora dworku, powołanego przez Rektora pełnomocnika, a także kilku sekretarek. Do tego dochodzą normalne koszty utrzymania pałacyku i parku. Pomimo tego, że w Kulicach odbywały się spotkania naukowe jak również po części imprezy komercyjne, bilans finansowy wypada negatywnie, twierdzi Rektor. Redaktor Twardochleb potrząsa głową i mówi: „W tym momencie należałoby się oczywiście zapytać, czy budynek rektoratu przynosi większe zyski niż pałacyk, lub czy nie jest to niegospodarność.”

Brak aktywności
Jeszcze na samym początku konfliktu Włodarczyk udzielił dziennikarzowi szczecińskiego radia Zbigniewowi Plesnerowi długiego wywiadu. Dziennikarz, który znajduje się wśród debatujących na temat ratowania Akademii, ma przy sobie wywiad na płycie CD. „Uwaga” mówi i naciska przycisk, słychać głos Włodarczyka: „W zasadzie w Kulicach nie miała miejsca żadna aktywność, która wynikałyby ze statutów uniwersyteckich. […] Dla Uniwersytetu Kulice były od samego początku kulą u nogi.”

Z powrotem w Kulicach, Lisaweta von Zitzewitz pokazuje dom – 17 raczej po spartańsku urządzonych pokoi dwuosobowych, dwie sale konferencyjne z kabiną tłumaczeniową, salon i tak zwana oranżeria z palmami i dużymi oknami, które oferują piękny widok na pokryty śniegiem ogród i długą aleję. „Tam, gdzie za czasów komunizmu stał chlew PGR-u, Uniwersytet mógł zbudować dom noclegowy, wyjaśnia. Pozwoliłoby to uczynić tutejszą działalność bardziej opłacalną, gdyż wielu uczestników seminariów musiało spać w hotelu. Są to dochody, które dotychczas uciekały Akademii i Uniwersytetowi.

Von Zitzewitz, odgarnia w tył sięgające do ramiom blond włosy i wskazuje przez okno na zasypany śniegiem plac obok innych budynków gospodarczych: „Akademia miała nawet pozwolenia na budowę domu noclegowego i zgodę na finansowanie Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.” Ale Uniwersytet jako właściciel dworku musiałby podpisać z Akademią umowę o wspólnym z niego korzystaniu. „Poprzedni Rektor nie wyraził zgody i w ten sposób przepadły miliony na jego budowę.” Drżąc naciąga czerwony szal na ramiona. „A teraz Rektor uskarża się, że dobrze funkcjonująca Akademia w dworku nie jest wystarczająco rentowna dla Uniwersytetu.”

Podarowana palma
Następnego dnia rano pani domu pochyla się nad pniem palmy w oranżerii pałacyku Bismarcków. „Teraz jest to bardzo wymowne, „ mówi. „Palma musiała uschnąć w ciągu kilku ostatnich dni. Dostaliśmy ją, gdy się tu wprowadziliśmy.” Jakby na pożegnanie czyta tabliczkę, na której widnieje napis w języku polskim i niemieckim: „70-letnia palma ze Sławna, ufundowany przez Janinę i Jana Kraszewskich z Warszawy, listopad 1996″. Głaszcze ostatni, teraz już brązowy liść. „17 lat wytrwała tutaj z nami.”

Dla Lisawety von Zitzewitz pożegnanie z Kulicami będzie trudne. Sycewice (Zitzewitz), jej stara siedziba rodowa znajduje się między Sławnem i Słupskiem. „Ból pożegnania nie był dla mnie tak silny, jak dla mojego ojca i jego rodziny”, mówi. „Urodziłam się w Berlinie. Ale w międzyczasie Pomorze – Pommern – stało się też moją małą ojczyzną”.

Philippa von Bismarcka, ostatniego właściciela pałacyku, który dołączył się do spisku wojskowych przeciw Hitlerowi skupionego wokół Henninga von Tresckowa, poznała w Akademii Bałtyckiej w Travemünde koło Lubeki. Mimo, że von Bismarck był rzecznikiem Ziomkowska Pomorskiego, nie odrzucał nowej polityki wschodniej Willy Brandta, a wręcz przeciwnie, angażował się w kampanię na rzecz uznania granicy na Odrze i Nysie.

Jego marzeniem było, aby dom von Bismarcków służył w przyszłości porozumieniu polsko-niemieckiemu. Czy to koniec? Lisaweta von Zitzewitz kiwa głową: „Jeszcze jest iskra nadziei – ale prawo stoi po stronie Rektora.” Zgodnie z umową ma prawo złożyć wypowiedzenie Akademii i sprzedać dworek temu, kto zaoferuje najwyższą cenę. Lub – jeśli nie będzie chętnego – pozwolić ponownie na dewastację budynku. Wówczas byłby to smutny koniec polsko-niemieckiej współpracy.